Infolinia czynna 7 dni w tygodniu 222 210 800
Prywatne ubezpieczenie zdrowotne

Prywatne ubezpieczenie zdrowotne a publiczna opieka – kiedy różnica jest naprawdę odczuwalna?

Anna  Untek Anna Untek

Publiczna służba zdrowia a prywatna opieka medyczna – to temat, który w Polsce wywołuje wiele emocji. Każdy pacjent chciałby uzyskać pomoc szybko i bez zbędnych przeszkód, niezależnie od tego, czy korzysta z Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ), czy też posi

W praktyce jednak różnice w dostępie do świadczeń są wyraźne i często naprawdę odczuwalne. Przeanalizowaliśmy, jak wygląda realny dostęp do lekarzy i badań publicznie (NFZ) vs prywatnie, ze szczególnym uwzględnieniem: czasu oczekiwania na lekarza pierwszego kontaktu, specjalistów (np. kardiolog, ortopeda), diagnostykę (rezonans, tomografia, badania krwi), hospitalizację oraz planowe zabiegi. 

Dostęp do lekarza pierwszego kontaktu (POZ)

Lekarz podstawowej opieki zdrowotnej (POZ), czyli tzw. lekarz rodzinny lub pierwszego kontaktu, to nasz pierwszy adresat pomocy medycznej w razie choroby. W systemie NFZ formalnie obowiązują standardy mówiące, że w przypadku nagłej choroby powinniśmy zostać przyjęci przez lekarza rodzinnego tego samego dnia lub najpóźniej dnia następnego. Rzecznik Praw Pacjenta potwierdza, że osoba z objawami ostrej infekcji powinna móc uzyskać poradę POZ niezwłocznie. Rzeczywistość bywa jednak różna – zwłaszcza w większych miastach. Przy dużej liczbie zapisanych pacjentów czasem nawet do lekarza rodzinnego czeka się kilka dni. W mniejszych miejscowościach bywa łatwiej, ale generalnie dostępność zależy od obłożenia danej przychodni i organizacji pracy.

W opiece prywatnej (abonament medyczny lub ubezpieczenie zdrowotne) dostęp do lekarza pierwszego kontaktu jest zwykle znacznie szybszy. Prywatne centra medyczne często gwarantują konsultację internisty czy pediatry w ciągu 24–48 godzin, a bywa że i tego samego dnia, zwłaszcza jeśli pacjent zgłasza pilną potrzebę. Dla przykładu, największa sieć prywatna LUX MED deklaruje, że konsultację telefoniczną z lekarzem POZ zapewnia w ciągu 1 dnia roboczego, a wizytę stacjonarną u internisty można umówić często w kilkadziesiąt godzin. Prywatne placówki działają elastycznie – rejestracja jest możliwa online lub przez infolinię, często także wieczorami i w weekendy. Dzięki temu pacjent z gorączką czy silnym bólem nie musi czekać kilku dni na poradę. Krótko mówiąc, różnica jest odczuwalna – podczas gdy w NFZ może się zdarzyć oczekiwanie 2–3 dni (lub dłużej, gdy brakuje miejsc), posiadacz prywatnego abonamentu zazwyczaj uzyska pomoc praktycznie od ręki.

Kolejki do lekarzy specjalistów mogą irytować

Dostęp do specjalistów to obszar, gdzie różnice między publiczną a prywatną opieką są najbardziej widoczne i dokuczliwe dla pacjentów. Niestety, w Polsce kolejki do lekarzy specjalistów finansowanych przez NFZ należą do najdłuższych w Europie. Według najnowszych raportów średni czas oczekiwania na poradę specjalistyczną wynosi ok. 4,2–4,3 miesiąca. To najwyższy poziom od dekady i o blisko miesiąc dłużej niż jeszcze rok wcześniej. Wielu pacjentów czeka zatem na diagnozę i leczenie niemal trzecią część roku.

Najbardziej oblegane poradnie mają średnie czasy oczekiwania sięgające nawet roku. Z danych Fundacji Watch Health Care wynika, że najdłużej czeka się na wizytę u takich specjalistów jak: angiolog (lekarz od chorób naczyń) – średnio 13,9 miesiąca, endokrynolog – 12,1 miesiąca oraz chirurg naczyniowy – 11,6 miesiąca. To wartości uśrednione – w skrajnych przypadkach pacjenci czekają jeszcze dłużej. Dla przykładu, mediana (czyli połowa pacjentów czeka dłużej) czasu oczekiwania na endokrynologa w trybie stabilnym to ok. 190 dni (ponad 6 miesięcy), a do gastroenterologa ok. 153 dni (5 miesięcy). Nawet kardiolog wymaga średnio ok. 110 dni czekania. Średnia kolejka do ortopedy to blisko 5 miesięcy, co potwierdza niedawny raport NFZ. W dużych poradniach widać tysiące oczekujących – np. w kolejce do okulisty jest obecnie ponad 330 tys. pacjentów (średnio 3,4 mies. czekania), do ortopedy 226 tys. osób (4,8 mies.), do kardiologa 196 tys. osób (4,2 mies.). Niestety, takie liczby oznaczają, że chorzy często dostają termin „za kilka miesięcy” – co dla wielu z nich jest po prostu zbyt późno.

Dlaczego kolejki są tak długie? Publiczny system zmaga się z niedoborem lekarzy (Polska ma tylko 3,9 lekarza na 1000 mieszkańców przy średniej UE 4,3, w tym dramatycznie mało lekarzy rodzinnych) oraz ograniczonym finansowaniem. Choć NFZ stara się zwiększać limity przyjęć, popyt rośnie szybciej niż podaż świadczeń. W efekcie czas oczekiwania w wielu specjalnościach liczony jest w miesiącach, a bywa że i w latach – np. w opiece psychiatrycznej mediana czekania w pewnych przypadkach przekracza 4 lata! To oczywiście skrajność, ale pokazuje skalę problemu. Długie kolejki dotyczą zresztą nie tylko poradni specjalistycznych – również do planowych zabiegów w szpitalach czeka się miesiącami (o tym za chwilę), a nawet na rehabilitację czy uzdrowisko kolejki są wielomiesięczne (np. prawie 886 tys. osób czeka na fizjoterapię ambulatoryjną – średnio ponad 6 miesięcy).

Jak to wygląda prywatnie? Tutaj przewaga jest ogromna. Mając prywatne ubezpieczenie lub abonament medyczny, do większości specjalistów można dostać się w ciągu kilku dni lub tygodnia, a nie kilku miesięcy. Sieci prywatnych klinik (jak LUX MED, Medicover, ENEL-MED i inne) zatrudniają tysiące lekarzy różnych specjalizacji i starają się oferować szybkie terminy. Przykładowo, w prywatnej placówce kardiologicznej pacjent często zostanie przyjęty w ciągu tygodnia, a w pilnych przypadkach nawet następnego dnia. Podobnie endokrynolog – prywatnie zwykle dostępny w 7–14 dni, podczas gdy w NFZ to nierzadko pół roku czekania. Różnica bywa tu kilkunastokrotna na korzyść sektora prywatnego. Nawet jeśli dany lekarz prywatnie jest oblegany (np. ceniony profesor może mieć komplet wizyt na 2–3 tygodnie naprzód), to wciąż jest to nieporównywalnie krócej niż wielomiesięczna kolejka na NFZ. Średnio czas oczekiwania w sektorze prywatnym liczymy w dniach lub tygodniach, podczas gdy w publicznym w miesiącach.

Co więcej, prywatnie nie obowiązuje rejonizacja ani limity finansowania. Pacjent może poszukać terminu w dowolnej placówce w swoim mieście (lub nawet w innym mieście, jeśli ma taką możliwość). Jeśli jeden lekarz nie ma wolnych terminów przez tydzień, często znajdziemy innego specjalistę dostępnego szybciej – co w NFZ jest trudne, bo wszędzie są podobne kolejki, a dodatkowo potrzebne jest skierowanie. W prywatnej opiece często nie jest wymagane skierowanie do specjalisty (zależy od warunków polisy/abonamentu), a nawet jeśli – można je szybko uzyskać u lekarza internisty w ramach pakietu. To eliminuje biurokratyczne bariery i przyspiesza start leczenia. Dla pacjenta przekłada się to na mniejsze ryzyko, że choroba się rozwinie lub powikła, zanim doczeka konsultacji.

Konsekwencje długiego czekania w NFZ są niestety poważne. Po pierwsze, stan zdrowia może się pogorszyć, gdyż pacjent przez wiele tygodni lub miesięcy pozostaje bez specjalistycznej opieki. Przykładowo, osoba z bólem w klatce piersiowej czekająca 3–4 miesiące na wizytę u kardiologa ryzykuje, że jeśli to coś poważnego, to problem się nasili. Po drugie, długie kolejki generują ogromny stres i poczucie niepewności. W efekcie coraz więcej osób – jeśli ich stać – decyduje się „iść prywatnie”, płacąc z własnej kieszeni za szybszą wizytę. Według badań GUS, już ponad 40% polskich gospodarstw domowych korzysta z prywatnej opieki zdrowotnej (czy to jednorazowo opłacone wizyty, czy stałe abonamenty). Aż 70,7% z tych osób deklaruje, że poszło prywatnie właśnie z powodu zbyt odległego terminu na NFZ. To pokazuje, że dla siedmiu na dziesięć rodzin korzystających z prywatnych wizyt decydujący był brak szybkiego dostępu publicznie – co tworzy dwutorowy system opieki: szybka dla tych, co zapłacą, i wolna dla pozostałych.

Diagnostyka: badania obrazowe i laboratoryjne

Dostęp do diagnostyki (rezonansu, tomografii, USG, badań krwi itp.) również znacząco różni się w systemie publicznym i prywatnym. Wiele słyszy się historii pacjentów czekających miesiącami na badanie, od którego zależy postawienie diagnozy. Niestety, statystyki te opowieści potwierdzają.

W ramach NFZ kolejki na specjalistyczne badania diagnostyczne są jednymi z najdłuższych w całej służbie zdrowia. Według danych NFZ na koniec II kwartału 2025 r. na badanie rezonansem magnetycznym (MRI) oczekiwało prawie 245 tys. osób, a średni czas oczekiwania wynosił 5,6 miesiąca. To prawie pół roku czekania na kluczowe obrazowanie! Tomografia komputerowa (TK) – nieco lepiej, 164 tys. oczekujących, czas ok. 3,2 miesiąca. Na kolonoskopię (ważne badanie przesiewowe) – ponad 206 tys. pacjentów, średnio 2,8 miesiąca czekania. Nawet gastroskopia to prawie 2,5 miesiąca kolejki. Oczywiście mówimy o przypadkach stabilnych; priorytet „cito” może skrócić czekanie, ale i tak wielu pacjentów pilnych czeka tygodniami.

Badania laboratoryjne (krew, mocz, hormony itp.) w NFZ zazwyczaj wykonuje się szybciej niż rezonans czy tomografię, ale problemem bywa czas oczekiwania na wyniki. W publicznych laboratoriach często trzeba czekać kilka dni na rezultaty, a przy bardziej specjalistycznych analizach – nawet parę tygodni. Wynika to z obłożenia – te same państwowe laby obsługują setki pacjentów dziennie i mają ograniczony personel.

Dla kontrastu, w sektorze prywatnym diagnostyka jest dostępna praktycznie od ręki. Prywatne pracownie obrazowe oferują terminy badań często w ciągu kilku dni, a bywa że nawet następnego dnia. Nie obowiązują tu limity finansowania – jeśli jest wolny sprzęt i specjalista, badanie się odbędzie, bo płaci pacjent lub jego ubezpieczyciel. Przykładowo, mediana czasu oczekiwania na tomografię w NFZ to ok. 19 dni (niecałe 3 tygodnie – choć wiele osób czeka dłużej), podczas gdy prywatnie TK można wykonać w kilka dni. W przypadku rezonansu magnetycznego różnica jest jeszcze większa – publicznie miesiące, prywatnie często kilka dni do 1–2 tygodni. Jak podaje MedicCentre, w NFZ na MRI czeka ponad 216 tys. osób, a termin bywa za kilka miesięcy, podczas gdy prywatne centra MRI mają wolne sloty w ciągu tygodnia. Również podstawowe badania lab prywatnie zrobimy niemal od razu, a wyniki dostaniemy tego samego dnia lub następnego – podczas gdy w NFZ na to samo badanie czekamy kilka dni.

Dlaczego to takie ważne? Szybka diagnostyka potrafi uratować życie lub zdrowie. Gdy istnieje podejrzenie poważnej choroby (np. nowotworu, choroby serca, stwardnienia rozsianego), czas jest kluczowy. Każdy miesiąc opóźnienia to zwiększone ryzyko, że choroba postąpi. Wielu pacjentów, jeśli tylko może, decyduje się więc nie czekać. Jak obrazowo opowiada Pan Piotr z Warszawy: „Zgłosiłem się z bólem głowy, lekarz podejrzewał guz. Na rezonans dostałem termin za pięć miesięcy. Nie wytrzymałem, zrobiłem prywatnie po tygodniu. Kosztowało 550 zł, ale przynajmniej wiem, że żyję.”. Ten przykład świetnie oddaje dylemat pacjentów – czekać w niepewności czy zapłacić za szybką diagnozę. Coraz więcej osób wybiera to drugie, traktując wydatek kilkuset złotych na badanie jako inwestycję w spokój i zdrowie.

Warto dodać, że prywatna diagnostyka to nie tylko krótszy czas, ale często też większa wygoda i dostęp do nowocześniejszych rozwiązań. Prywatne kliniki umożliwiają np. pobranie wyników online, konsultację lekarza zaraz po badaniu, mają dogodniejsze godziny pracy. Pacjent ma poczucie, że trzyma rękę na pulsie swojego leczenia. Oczywiście, to wszystko kosztuje – do czego przejdziemy w dalszej części – ale dla wielu osób świadomość, że diagnoza będzie od razu, jest warta tych kosztów.

Tak więc: w publicznym systemie na badanie czekasz często dłużej niż na samą wizytę lekarską, co opóźnia rozpoczęcie leczenia. W prywatnym systemie diagnostyka biegnie równolegle z potrzebami pacjenta – masz objawy, to w ciągu dni robisz potrzebne testy i wracasz do lekarza z wynikami. Medycznie to ogromna różnica, bo skraca tzw. „ścieżkę pacjenta” z wielu miesięcy do kilku dni czy tygodni.

Hospitalizacja i planowe zabiegi operacyjne

Kolejnym kluczowym obszarem jest leczenie szpitalne i planowe operacje. Tutaj również publiczny system boryka się z kolejkami i ograniczeniami, podczas gdy prywatnie (o ile pacjent ma środki lub ubezpieczenie) wiele rzeczy można zorganizować szybciej.

W NFZ hospitalizacje planowe rządzą się podobnymi prawami jak wizyty – jest lista oczekujących według pilności przypadku. Pacjenci wymagający zabiegów nie zagrażających bezpośrednio życiu (np. ortopedycznych, okulistycznych, chirurgicznych) często słyszą, że termin operacji jest za kilka miesięcy lub nawet w przyszłym roku. Statystyki NFZ za II kwartał 2025 r. pokazują, że najdłuższe kolejki na przyjęcie do szpitala dotyczą oddziałów ortopedycznych, neurochirurgicznych i laryngologicznych. Na miejsce na oddziale ortopedii czeka ok. 83 tys. osób, neurochirurgii 29 tys., laryngologii 95 tys. – a średni rzeczywisty czas oczekiwania to 5,5 miesiąca na ortopedię, 5,8 miesiąca na neurochirurgię, 4,7 mies. na laryngologię. Innymi słowy, np. osoba zakwalifikowana do operacji kręgosłupa lędźwiowego może spędzić 6 miesięcy z bólem, zanim trafi na blok operacyjny. Specjaliści alarmują, że w niektórych dziedzinach takie opóźnienia przekraczają granice bezpieczeństwa klinicznego – tzn. istnieje ryzyko trwałego pogorszenia stanu zdrowia zanim pacjent doczeka zabiegu.

Weźmy konkretne przykłady planowych zabiegów:

  • Endoprotezoplastyka stawu kolanowego (wszczepienie sztucznego stawu kolanowego) – bardzo częsta operacja u osób z zaawansowaną chorobą zwyrodnieniową. W NFZ to jedna z rekordowych kolejek: mediana oczekiwania 294 dni, czyli ok. 10 miesięcy, wiele osób czeka ponad rok. W efekcie senior z bolącym kolanem może przez rok poruszać się o lasce i łykać środki przeciwbólowe czekając na protezę.
  • Operacja zaćmy – jeszcze kilka lat temu symbol kolejkolandii (czas oczekiwania rzędu 1,5–2 lat), obecnie dzięki programom NFZ jest lepiej. Według danych za 2024 r. mediana czekania to ok. 26 dni (niecały miesiąc). Są województwa, gdzie na NFZ zaćmę robi się niemal od ręki, w innych parę tygodni – generalnie tu publiczna opieka się poprawiła. W prywatnych klinikach okulistycznych zaćmę można jednak usunąć nawet w ciągu tygodnia, oczywiście za własne pieniądze. Co istotne, prywatnie pacjent może wybrać np. nowocześniejszą soczewkę premium czy zabieg laserowy, które w NFZ nie są dostępne – to kolejna różnica.
  • Operacja przepukliny czy wycięcia żylaków – niby drobniejsze zabiegi, ale i tu potrafią być kolejki kilkumiesięczne, bo nie są pilne. Pacjent z dolegliwościami może czekać np. 3–4 miesiące.
  • Zabiegi onkologiczne – te z definicji powinny być szybkie i rzeczywiście system wprowadził pakiet onkologiczny z kartą DILO, który przyspiesza diagnostykę i operacje nowotworowe. Nie oznacza to braku czekania, ale przynajmniej tutaj staraniem jest, by np. operacja raka odbyła się w ciągu kilku tygodni od decyzji.

Prywatnie hospitalizacja i zabiegi to specyficzny temat, bo w Polsce wciąż większość dużych operacji wykonuje się w publicznych szpitalach. Prywatne szpitale istnieją (np. ortopedyczne, kardiologiczne, chirurgii jednego dnia), ale koszt poważnego zabiegu jest wysoki i mało kogo stać na pełną opłatę z własnej kieszeni (poza zabiegami typowo estetycznymi). Dlatego prywatne ubezpieczenia zdrowotne premium lub abonamenty korporacyjne często zawierają opcję leczenia szpitalnego. Jeśli pacjent ma taką polisę, może z niej skorzystać i zrobić operację w prywatnej placówce w krótszym terminie.

Na rynku funkcjonują np. prywatne szpitale ortopedyczne, które oferują endoprotezy czy artroskopie praktycznie od ręki – byle pacjent zapłacił lub miał ubezpieczenie. Czas oczekiwania wynika tylko z dostępności chirurga i sali, ale to raczej kwestia tygodni niż wielu miesięcy. Z danych portalu Kliniki.pl wynika, że prywatna endoprotezoplastyka kolana jest dostępna już od ~19–20 tys. zł (np. w szpitalu ENEL-MED), a w innych klinikach do 30 tys. zł. Jeśli kogoś stać na taki wydatek lub pokrywa go ubezpieczyciel, to w ciągu kilku tygodni może mieć zabieg, łącznie z rehabilitacją, zamiast czekać rok w NFZ. Podobnie z innymi operacjami – np. prywatna operacja kręgosłupa czy kardiochirurgiczna bywa możliwa szybciej, ale koszty idą w dziesiątki tysięcy złotych, więc to głównie dla osób z polisą lub bardzo zdeterminowanych.

Trzeba też wspomnieć o przypadku granicznym: sytuacjach nagłych. Jeśli stan pacjenta się nagle pogorszy (np. ostre zapalenie wyrostka, zawał, uraz), to niezależnie czy ma ubezpieczenie prywatne czy nie – i tak trafi do publicznego szpitala (SOR) w trybie ratunkowym. Tutaj różnicy nie ma – ratowanie życia to domena systemu publicznego i nie ma czekania w kolejce, tylko jest segregacja medyczna według stanu pacjenta. Prywatne ubezpieczenia zwykle nie obejmują SOR ani intensywnej terapii. Różnice dotyczą więc planowej opieki szpitalnej – i tu prywatna polisa może być zbawienna, bo pozwoli wykonać planowy zabieg znacznie wcześniej niż NFZ, zanim z „przypadku planowego” zrobi się przypadek nagły z powodu powikłań.

Ograniczenia i bariery publicznego systemu NFZ

Z powyższego porównania wyłania się dość jasny obraz: publiczna służba zdrowia w Polsce jest przeciążona i nie zawsze gwarantuje szybką pomoc. Jakie są główne ograniczenia systemu NFZ?

  • Długie kolejki strukturalne – jak wspomniano, średni czas oczekiwania na świadczenie zdrowotne w Polsce to obecnie ponad 4 miesiące, najwyżej od dekady. Kolejki stały się niejako elementem systemu – mimo działań naprawczych, popyt przewyższa możliwości publicznych placówek. Pandemia COVID-19 dodatkowo pogorszyła sytuację (wstrzymywane planowe wizyty), a po pandemii nie wróciliśmy do równowagi. Szczególnie obciążona jest diagnostyka (brak wystarczającej liczby aparatów i personelu) oraz podstawowa opieka zdrowotna (niedobór lekarzy rodzinnych powoduje, że nie filtrują oni napływu do specjalistów). W Polsce tylko 6,7% lekarzy to lekarze rodzinni, podczas gdy w UE średnio 20% – więc POZ nie spełnia u nas w pełni swojej roli „strażnika” systemu. To sprawia, że wszyscy od razu chcą iść do specjalisty, kolejki się wydłużają, a leczenie fragmentaryzuje.
  • Braki kadrowe i nierówności geograficzne – Polska ma wciąż za mało lekarzy i pielęgniarek na 1000 mieszkańców względem potrzeb (lekarze 3,9/1000 vs 4,3 w UE; pielęgniarki 5,9/1000 vs 8,5 w UE). Dodatkowo, są regiony (małe powiaty, wsie) gdzie lekarzy brakuje dramatycznie, podczas gdy duże miasta jako tako sobie radzą. To powoduje nierówny dostęp – pacjent z małego miasteczka ma dużo trudniej dostać się do specjalisty, bo po prostu ich tam nie ma. Musi jechać do większego ośrodka albo czekać, gdy przyjedzie lekarz na dyżur. W efekcie miejsce zamieszkania wpływa na czas oczekiwania bardziej niż medyczna potrzeba – co oczywiście jest frustrujące i niesprawiedliwe.
  • Limitowanie świadczeń i biurokracja – choć oficjalnie w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej (AOS) zniesiono limity finansowe, to nadal w praktyce placówki mają ograniczone moce przerobowe i budżety. Wielu pacjentów spotyka się z sytuacją „proszę zadzwonić w przyszłym kwartale, bo teraz już nie zapisujemy”. Do tego dochodzą wymagania formalne: skierowania do specjalistów, konieczność potwierdzania wizyty (bo inaczej przepada), dostarczenie oryginału skierowania w ciągu 14 dni itp. Jeśli pacjent nie dopełni formalności, może stracić miejsce. To wszystko są bariery organizacyjne – pacjenci nieraz narzekają, że trudno się dodzwonić do rejestracji, że muszą stać o świcie w kolejce by się zapisać, że brakuje informacji. Raporty wskazują, że w 2022 r. aż 1,3 mln umówionych wizyt przepadło z powodu niestawienia się pacjentów – często dlatego, że w międzyczasie poszli prywatnie lub nie udało im się odwołać. To paradoks: miejsca były, ale zmarnowane, a inni czekali. To pokazuje chaos i słabą komunikację w systemie.
  • Ograniczenia zakresu świadczeń – NFZ nie wszystko finansuje. Przykładowo, stomatologia na NFZ jest szczątkowa (podstawowe leczenie, protezy co 5 lat – efektem są gigantyczne kolejki do dentystów NFZ, 288 tys. oczekujących). Większość osób i tak chodzi prywatnie do dentysty i płaci z własnej kieszeni. Podobnie rehabilitacja: państwowa jest, ale czeka się miesiącami (885 tys. ludzi czeka na fizjoterapię), więc jak kogoś boli, to często płaci prywatnie za masaże/ćwiczenia. Psychiatra – wizyt trochę jest, ale np. psychoterapii NFZ prawie nie zapewnia (tylko w nielicznych ośrodkach), więc pacjenci depresyjni płacą sami. Wiele nowoczesnych terapii czy leków nie jest refundowanych lub jest trudno dostępnych, co zmusza do szukania alternatyw. To wszystko oznacza, że realnie pacjent i tak musi nieraz korzystać prywatnie, bo publiczny system pewnych rzeczy nie zapewnia.
  • Wysokie koszty pośrednie leczenia publicznego – o ile w NFZ wizytę czy operację mamy „za darmo”, to np. leki już niekoniecznie. Polska refunduje tylko 36% kosztów leków, resztę płacą pacjenci sami. Dla porównania, hospitalizacje w 95% finansuje państwo (jedno z najwyższych pokryć w UE). Skutek? Ludzie nie wykupują leków lub je przerywają, bo ich nie stać, przez co choroba się pogarsza i trafiają do szpitala, co jest „za darmo”. Podobnie stomatologia – NFZ prawie nie pokrywa, więc wiele osób zaniedbuje zęby. Ta nierównowaga finansowa sprawia, że leczenie ambulatoryjne (poza szpitalem) jest niedomagające – pacjenci rezygnują z leczenia, czekają do momentu aż „trzeba pod nóż”. To obciąża bardziej szpitale i pogarsza rokowania.

Podsumowując, publiczny system opieki zdrowotnej w Polsce cierpi na przewlekłe „choroby”: niedoinwestowanie, brak personelu, kolejki i biurokrację. Mimo dzielnych starań wielu lekarzy i pielęgniarek, pacjenci często czują się zagubieni i sfrustrowani. Nie jest to wina pojedynczych ludzi – to kwestia systemowa, z którą borykamy się od lat. W rezultacie, kto może, ucieka w prywatę lub szuka pomocy za granicą (np. popularne stały się operacje zaćmy czy stawu biodrowego w Czechach na koszt NFZ, bo tam kolejki krótsze). I tak dochodzimy do kwestii finansowej: ile kosztuje taka ucieczka w prywatny sektor, gdy nie mamy ubezpieczenia?

Ile kosztuje leczenie prywatne bez ubezpieczenia?

Przechodząc do konkretów: co to znaczy „pójść prywatnie” i ile trzeba za to zapłacić, jeśli nie mamy abonamentu ani polisy? Koszty oczywiście zależą od rodzaju świadczenia oraz miasta/placówki, ale można podać pewne orientacyjne stawki rynkowe (na 2025 r.):

  • Wizyta u lekarza specjalisty: W dużym mieście (Warszawa, Kraków) konsultacja prywatna u internisty czy dermatologa to koszt rzędu 150–300 zł. Wizyty u bardziej wyspecjalizowanych lekarzy lub profesorów mogą kosztować 400–500 zł. Średnio jednak około 200–250 zł trzeba liczyć na jedną konsultację. Dla porównania – NFZ 0 zł (ale kolejka...). Jeśli potrzebujemy cyklu konsultacji, koszty rosną wielokrotnie.
  • Lekarz pierwszego kontaktu (POZ): Tu prywatnie bywa taniej – niektóre przychodnie oferują wizytę rodzinnego nawet za 100–150 zł, choć często pacjenci zamiast jednorazowo płacić za POZ, wybierają abonament, bo przy kilku wizytach w roku to się opłaca. W NFZ oczywiście 0 zł.
  • Badania laboratoryjne: Podstawowa morfologia krwi prywatnie ~15–20 zł, biochemia (np. próby wątrobowe, cukier) 10–20 zł każde badanie, hormony (TSH, kortyzol) 30–50 zł, bardziej zaawansowane np. markery nowotworowe 50–100 zł. Cały pakiet badań może wyjść łącznie kilkaset złotych. W NFZ – refundowane, ale trzeba skierowanie od lekarza i czas oczekiwania.
  • USG: W zależności od rodzaju USG (jamy brzusznej, tarczycy, stawów itp.) 100–250 zł za badanie prywatnie.
  • RTG (rentgen): ok. 50–100 zł za zdjęcie jednego obszaru ciała.
  • Rezonans magnetyczny (MRI): Prywatnie ceny wahają się od ~500 zł do 1000+ zł, zależnie od tego ile partii ciała i z kontrastem czy bez. Pan Piotr z naszego przykładu zapłacił 550 zł za MRI głowy, co jest typową ceną promocyjną. Niektóre nowoczesne pracownie wołają i 800 zł za MRI kręgosłupa. NFZ – darmo, ale czekasz miesiącami.
  • Tomografia komputerowa (CT): 300–600 zł w zależności od badanej okolicy i kontrastu.
  • Zabiegi ambulatoryjne (np. usunięcie znamienia, drobna korekta chirurgiczna): 200–1000 zł zależnie od złożoności.
  • Operacje planowe: Tu są największe koszty prywatne, często idące w dziesiątki tysięcy złotych. Przykładowo: operacja zaćmy prywatnie ~3000–5000 zł za oko (w zależności od soczewki, metody – czasem w pakiet wliczone badania i opieka). Operacja ortopedyczna, np. wszczepienie endoprotezy stawu kolanowego – jak wspomnieliśmy ok. 20 tys. zł średnio, czasem więcej (30 tys. zł) w topowych klinikach. Artroskopia kolana (naprawa łąkotki, więzadeł) – 8–12 tys. zł. Operacja kręgosłupa (np. wstawienie implantu dysku) – 20–40 tys. zł. Bypassy serca czy endoproteza biodra – to może przekraczać 30 tys. zł. Oczywiście mało kto płaci takie sumy z własnej kieszeni. Dlatego albo się czeka na NFZ, albo niektórzy biorą kredyty, albo – co najrozsądniejsze – mają wykupione ubezpieczenia szpitalne, które takie koszty pokryją (o tym w rekomendacjach).
  • Poród w prywatnym szpitalu: To też kosztowne świadczenie poza NFZ (bo NFZ zapewnia poród w każdym szpitalu za darmo, choć standard bywa różny). Prywatny porodówka – pakiet porodowy w prywatnym szpitalu w Warszawie to np. 8–12 tys. zł za poród naturalny, 15+ tys. za cesarkę, jeśli ktoś chciałby luksusu.

Jak widać, pojedyncza wizyta czy badanie prywatne kosztuje tyle, co miesięczna składka na prywatny abonament, a poważna operacja – jak kilkuletnia polisa. Dlatego osoby regularnie leczące się prywatnie często decydują się na wykup pakietu medycznego, bo przy większej liczbie świadczeń to się opłaca. GUS podaje, że 58% polskich gospodarstw domowych w 2023 r. poniosło prywatne wydatki na wizyty lekarskie, 51,5% płaciło za dentystę, a 39% finansowało badania diagnostyczne z własnej kieszeni. To pokazuje skalę zjawiska – ponad połowa rodzin co najmniej raz zapłaciła za leczenie prywatne. Niestety, wydatki te potrafią mocno obciążyć domowy budżet. W 2023 r. około 12% polskich rodzin wydało w ciągu roku więcej niż równowartość 1000 USD (czyli > 4 tys. zł) z własnej kieszeni na leczenie. Dla porównania w wielu krajach Europy Zachodniej odsetek taki jest niższy, bo tam więcej pokrywa system. W Polsce wciąż sporo kosztów ukrytych ponosi pacjent.

Koszty prywatnego leczenia bez ubezpieczenia można zatem podsumować tak: szybciej otrzymasz usługę, ale musisz za nią zapłacić – czas to pieniądz w dosłownym sensie. Dla prostych rzeczy (jak konsultacja czy USG) są to kwoty do udźwignięcia jednorazowo. Ale przy poważnej chorobie przewlekłej czy konieczności operacji – wydatki idą w tysiące i dziesiątki tysięcy złotych. Tu właśnie pojawia się rola prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych, które za określoną składkę przejmują te koszty na siebie. Zanim jednak przejdziemy do rekomendacji odnośnie polis, spójrzmy jeszcze, jak polski system opieki zdrowotnej wypada na tle innych krajów UE – bo to ciekawy punkt odniesienia.

Dostęp do opieki medycznej w innych krajach UE – jak jest w Czechach, Niemczech, Hiszpanii?

Problemy polskiej służby zdrowia często kontrastujemy z sytuacją za granicą. Oczywiście każdy kraj ma inny system, ale warto porównać dostępność świadczeń u naszych sąsiadów i w Europie Zachodniej:

  • Czechy: Nasz południowy sąsiad słynie z braku kolejek do lekarzy – do tego stopnia, że sporo Polaków jeździ tam np. na operacje zaćmy czy endoprotezy (w ramach tzw. leczenia transgranicznego). Czeski system opiera się na publicznym ubezpieczeniu zdrowotnym, ale działającym w modelu konkurujących kas chorych. Co najważniejsze, prawo określa maksymalne czasy oczekiwania na różne świadczenia, więc kolejki z definicji nie mogą się rozciągać w nieskończoność. W praktyce, jak mówi czeski lekarz Jan Karczmarczyk, „nie do pomyślenia jest, żeby ktoś tu poszedł na wizytę prywatną”, bo jeśli pacjent ma swojego rejonowego lekarza, to ten go przyjmie albo skieruje dalej i wszystko odbywa się w ramach ubezpieczenia. Przypadki pilne przyjmowane są od ręki, bez skierowania – np. dziecko z bólem ucha może pójść prosto do laryngologa i zostanie tego samego dnia zbadane. Wizyty u specjalistów planowe odbywają się zazwyczaj w ciągu kilku dni do kilku tygodni, a nie miesięcy. Czesi opowiadają, że na termin do specjalisty z dzieckiem czekają zwykle 2–3 tygodnie, co dla Polaka brzmi jak bajka. Oczywiście na pewne planowe zabiegi (typu endoproteza stawu biodrowego) czeka się dłużej – może parę miesięcy – ale i tak krócej niż u nas. Ogólnie pacjenci w Czechach są zadowoleni z opieki zdrowotnej – tylko 20% jest niezadowolonych, podczas gdy w Polsce niezadowolenie sięga 76%. Czeski system wydaje na zdrowie sporo (blisko średniej UE), ale widać tam dobre zarządzanie – np. onkologia działa sprawnie dzięki sieci referencyjnych ośrodków, gdzie pacjent z podejrzeniem raka jest od razu kierowany i kompleksowo zaopiekowany. W efekcie kolejki praktycznie ich nie dręczą, a standard opieki jest wysoki. To pokazuje, że da się inaczej – choć oczywiście Czechy są mniejszym krajem (10 mln ludności vs 38 mln w PL), co ułatwia sprawę.
  • Niemcy: System niemiecki opiera się na powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym (tzw. Krankenkasse) – obowiązkowym dla wszystkich pracujących, z opcją prywatnego ubezpieczenia dla najbogatszych. Niemcy wydają na opiekę zdrowotną dużo więcej niż Polska i mają więcej lekarzy na mieszkańca, co przekłada się na krótsze czasy oczekiwania. Nie znaczy to, że kolejek nie ma wcale – bywają, zwłaszcza do popularnych specjalistów – ale zazwyczaj liczone są w tygodniach, nie miesiącach. Badania ankietowe pokazują, że w Niemczech tylko około 21% pacjentów musiało czekać ponad 4 tygodnie na wizytę u specjalisty, a powyżej 2 miesięcy – 11% pacjentów. Dla porównania w Kanadzie czy UK wskaźniki te sięgały 30%, a w Polsce (choć brak dokładnej ankiety w tym samym badaniu) zapewne znacznie więcej. W praktyce wizyta u internisty czy ortopedy w Niemczech jest dostępna zwykle w ciągu 1–3 tygodni. Na zabiegi planowe też się czeka krócej niż w Polsce – np. średni czas oczekiwania na operację zaćmy czy biodra w Niemczech to było kilka tygodni do paru miesięcy (zależnie od landu), podczas gdy u nas dawniej ponad rok, teraz ~ miesiąc dla zaćmy. Co ważne, w Niemczech istnieje pewna podwójna ścieżka – osoby z czysto prywatnym ubezpieczeniem (ok. 10% społeczeństwa) często dostają się do lekarzy szybciej i mają pewne przywileje (lekarze lubią prywatnych, bo płacą lepiej). To bywa podnoszone jako zarzut nierówności. Niemniej nawet osoby w standardowej kasie chorych mają zapewniony wysoki poziom opieki i relatywnie szybki dostęp. Średni czas oczekiwania na wizytę u lekarza rodzinnego w Niemczech to tylko 3–4 dni (często można od razu pójść w dniu zachorowania, bo wielu lekarzy rodzinnych przyjmuje bez zapisów rano). Na diagnostykę też nie czeka się długo – np. MRI w pilnych przypadkach zrobi się w kilka dni, w mniej pilnych parę tygodni. Podobnie z endoskopią, USG – system jest wydolniejszy, bo ma więcej zasobów. W efekcie Niemcy generalnie nie mają takiego problemu z masowym leczeniem się prywatnie jak my – bo ich „NFZ” (kasy chorych) dają radę. Oczywiście, Niemcy też mają swoje wyzwania: starzejące się społeczeństwo, kolejki do domów opieki, duże wydatki. Ale dla pacjenta niemieckiego czekanie 3 miesiące na specjalistę to długo, podczas gdy dla Polaka 3 miesiące to wręcz norma. To pokazuje skalę różnicy.
  • Hiszpania: Hiszpański system zdrowia jest bliższy polskiemu w tym sensie, że opiera się na publicznej służbie zdrowia finansowanej z podatków (tzw. system narodowy, podobnie jak NHS w UK). Przez lata Hiszpania chwalona była za bardzo dobre wyniki zdrowotne (wysoka oczekiwana długość życia – 83,8 roku, jedna z najwyższych na świecie) i efektywność przy relatywnie niskich kosztach. Jednak ostatnio pojawiają się oznaki przeciążenia systemu – rosnące kolejki i nierówności regionalne. Według najnowszego raportu CEU-CEFAS, w 2025 r. rekordowo wydłużyły się listy oczekujących na zabiegi i konsultacje. Ponad 850 tysięcy Hiszpanów czeka na operacje, dwa razy więcej niż w 2010 r., a średni czas oczekiwania na operację niepilną przekroczył 120 dni (4 miesiące). Do tego dochodzą duże różnice między regionami – np. w Madrycie średnio <70 dni, a w Andaluzji >160 dni na zabieg. Konsultacje u specjalistów też się wydłużyły: obecnie średnio >100 dni (ponad 3 miesiące) czekania, podczas gdy dekadę temu było 60 dni. To nadal ciut lepiej niż Polska (4,3 miesiąca), ale widać negatywny trend. Z tego powodu coraz więcej Hiszpanów korzysta z ubezpieczeń prywatnych jako uzupełnienia. Już około 26% wydatków na zdrowie w Hiszpanii pochodzi z sektora prywatnego – czyli sporo osób płaci dodatkowo za szybki dostęp. Szczególnie w dużych miastach posiadanie prywatnej polisy (często oferowanej przez pracodawcę jako benefit) jest popularne, bo pozwala np. ominąć kolejkę do specjalisty i umówić wizytę w ciągu tygodnia, zamiast czekać 2–3 miesiące. Podobnie z pewnymi operacjami – prywatne kliniki w Hiszpanii odciążają system publiczny. Z perspektywy pacjenta hiszpańskiego sytuacja więc trochę przypomina Polskę sprzed kilku lat – generalnie system działa nieźle, ale zaczyna zgrzytać przy rosnącym obciążeniu i ludzie szukają alternatyw. Mimo to, Hiszpania wciąż uchodzi za kraj z jedną z najlepszych opiek zdrowotnych – efekty zdrowotne mają doskonałe (długość życia, niska umieralność niemowląt itd.), co świadczy że mimo kolejek, jak już pacjent trafi do systemu, dostaje bardzo dobrą opiekę. Po prostu mogą musieć trochę poczekać. Dla nas, mających nieraz 5–8 miesięczne kolejki, te hiszpańskie 3–4 miesiące to i tak nieźle – ale dla Hiszpanów to sygnał pogorszenia.

Podsumowując porównania: Polska niestety znajduje się w gronie krajów UE o największych problemach z dostępnością opieki. W wskaźnikach typu odsetek osób, które nie otrzymały potrzebnej porady z powodu czekania lub kosztów, zajmujemy niechlubne wysokie miejsce (5,2% populacji vs średnia UE 3,6%). Kraje takie jak Czechy pokazują, że można mieć minimalne kolejki i zadowolonych pacjentów – to kwestia priorytetów i organizacji. Niemcy czy Francja, wydając więcej pieniędzy, zapewniają obywatelom dość szybki dostęp do leczenia. Hiszpania, choć medycznie świetna, też zaczyna odczuwać presję podobną do naszej – co dowodzi, że starzenie się społeczeństw i rosnące oczekiwania wszędzie testują systemy zdrowia. Dla polskiego pacjenta wniosek jest jednak jasny: za granicą często czekałbyś krócej na pomoc niż w kraju. To smutne, ale też tłumaczy, czemu Polacy tak chętnie wykupują prywatne abonamenty lub szukają opieki poza NFZ – chcą standardów jak na Zachodzie, a nie kilku lat życia w kolejce do lekarza.

Kiedy prywatna polisa zdrowotna realnie poprawia bezpieczeństwo pacjenta? 

Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe informacje, nasuwa się pytanie: czy warto mieć prywatne ubezpieczenie zdrowotne i w jakich sytuacjach naprawdę robi ono różnicę? Odpowiedź w dużym skrócie brzmi: tak, warto – zwłaszcza jeśli zależy nam na szybkim dostępie do diagnostyki i specjalistów. Oto konkretne sytuacje, kiedy prywatna polisa zdrowotna realnie podnosi bezpieczeństwo i komfort pacjenta:

  • Gdy masz poważne objawy i potrzebujesz szybkiej diagnozy: W przypadku podejrzenia choroby serca, nowotworu, poważnych dolegliwości neurologicznych itp., czas jest kluczowy. Prywatna polisa umożliwi Ci natychmiastowe konsultacje i badania (rezonans, tomograf) bez kilkumiesięcznej zwłoki. To może dosłownie zadecydować o życiu lub śmierci – wykrycie choroby we wczesnym stadium vs. późno. Twoje bezpieczeństwo rośnie, bo nie ryzykujesz, że choroba rozwinie się podczas czekania.
  • Przy chorobach przewlekłych wymagających stałej opieki specjalistów: Jeśli np. chorujesz na cukrzycę, astmę, chorobę tarczycy, stwardnienie rozsiane – krótko mówiąc coś, co wymaga regularnych wizyt u endokrynologa, pulmonologa czy neurologa – prywatna polisa zagwarantuje Ci termin wtedy, kiedy go potrzebujesz (kontrolnie co 3 miesiące czy pół roku, zgodnie ze sztuką). W NFZ bywa z tym ciężko – np. kolejna wizyta za rok, bo wcześniej nie ma miejsc. Dzięki ubezpieczeniu masz ciągłość opieki, lepsze monitorowanie choroby i mniejsze ryzyko powikłań.
  • Jeśli planujesz zabieg operacyjny i zależy Ci na czasie lub komforcie: Dla osób, które wiedzą, że czeka je np. operacja ortopedyczna (wymiana stawu, rekonstrukcja więzadła), zabieg okulistyczny czy inny planowy – posiadanie rozszerzonej polisy zdrowotnej (obejmującej leczenie szpitalne) może skrócić oczekiwanie z roku do kilku tygodni. Bezpieczeństwo pacjenta rośnie, bo krócej cierpi z powodu chorego organu i szybciej wraca do sprawności. Dodatkowo, często w prywatnym szpitalu ma lepsze warunki (jednoosobowa sala, dogodny termin).
  • Dla rodzin z małymi dziećmi: Dzieci chorują nagle – prywatne ubezpieczenie pozwala natychmiast skonsultować malucha z pediatrą czy laryngologiem, zamiast jechać na zatłoczony SOR z każdą infekcją. To realnie zwiększa bezpieczeństwo (unikamy sytuacji, gdzie dziecko z zapaleniem ucha czeka tydzień na NFZ i dostaje powikłań). Spokój rodzica i szybka pomoc dla dziecka są bezcenne.
  • Gdy dużo pracujesz i nie możesz sobie pozwolić na długie chorobowe: Czekanie miesiącami na diagnostykę czy leczenie oznacza długą nieobecność w pracy lub funkcjonowanie z bólem. Prywatna opieka przyspiesza powrót do zdrowia, co ma znaczenie nie tylko zdrowotne, ale i ekonomiczne dla Ciebie. Krótsza rekonwalescencja = mniejsze ryzyko utraty dochodu czy komplikacji zawodowych.
  • Jeśli mieszkasz w rejonie o słabej dostępności lekarzy: Polisa prywatna często daje możliwość telekonsultacji, wizyt domowych lub konsultacji w ramach ogólnopolskiej sieci – co rozwiązuje problem braku specjalistów w okolicy. Twój bezpieczeństwo rośnie, bo nie zostajesz bez pomocy tylko dlatego, że mieszkasz na „medycznym pustkowiu”.
  • W sytuacji, gdy nie stać Cię na nagłe wydatki medyczne: Paradoksalnie, ubezpieczenie prywatne (choć kosztuje składkę) chroni Cię przed koniecznością wyłożenia jednorazowo dużej sumy na leczenie. Jeśli nie masz odłożonych np. 10 tysięcy na operację, to opłacając regularnie polisę, zapewniasz sobie, że w razie potrzeby ubezpieczyciel pokryje rachunek. To finansowe bezpieczeństwo przekłada się na zdrowotne – nie będziesz rezygnować z leczenia z powodu braku pieniędzy.
  • Gdy cenisz wygodę, godność i chcesz uniknąć stresu: Prywatna służba zdrowia często oferuje wyższy standard obsługi – krótsze kolejki w poczekalni, życzliwszą obsługę, mniej pośpiechu na wizycie, lepszą koordynację (wszystkie wyniki w jednym systemie, przypomnienia o wizytach itp.). To wszystko wpływa na komfort psychiczny pacjenta. W zdrowiu ważne jest nie tylko „czy wyleczą”, ale jak przebiega proces leczenia. Polisa nie gwarantuje automatycznie empatii lekarza, ale daje Ci wybór specjalisty, możliwość zmiany lekarza, dostęp do drugiej opinii. Masz poczucie kontroli nad sytuacją, co zmniejsza lęk i stres. A niższy stres to wyższe bezpieczeństwo zdrowotne, bo organizm lepiej reaguje na leczenie.

Podsumowując, prywatna polisa zdrowotna realnie poprawia bezpieczeństwo pacjenta wszędzie tam, gdzie kluczowy jest czas i ciągłość opieki. Nie zastąpi ona w pełni publicznego systemu (w nagłych wypadkach i tak ratuje nas SOR), ale uzupełnia go w newralgicznych momentach. W dzisiejszych warunkach w Polsce posiadanie takiej polisy czy abonamentu to nie luksus dla bogaczy, lecz coraz częściej rozsądny element troski o siebie i bliskich. Zwłaszcza jeśli masz czynniki ryzyka zdrowotnego lub po prostu chcesz mieć pewność, że gdy zachorujesz, nie utkniesz w kolejce, warto rozważyć wykup prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego. To inwestycja w spokój ducha i realnie – w zdrowsze, dłuższe życie.

Najlepszym podejściem jest oczywiście korzystanie z obu systemów komplementarnie: publicznego – gdy jest dostępny na czas (np. programy profilaktyczne, pilne operacje onkologiczne, drogie leczenie szpitalne), a prywatnego – gdy liczy się szybkość i wygoda (specjaliści, diagnostyka, konsultacje). Dzięki temu możemy czerpać korzyści z każdej opcji i zminimalizować ich wady. Polisa zdrowotna działa wtedy jak poduszka bezpieczeństwa – pozwala ominąć najdłuższe kolejki i zapewnia plan B, gdy NFZ nie domaga. A w kwestii zdrowia zawsze warto mieć plan B.

Ubezpieczenia na życie
Ubezpieczenia zdrowotne
Ubezpieczenia NNW
Ubezpieczenia turystyczne
Ubezpieczenia komunikacyjne
Ubezpieczenia nieruchomości
Ubezpieczenia finansowe
Prawo ubezpieczeniowe
Poliseo pamięta o końcu Twojego
ubezpieczenia
Wypełnij formularz, a przypomnimy Ci o zakończeniu polisy!
Pomoc w wyborze ubezpieczenia
Zostaw swój telefon - oddzwonimy i pomożemy Ci wybrać najlepszy pakiet.
Możesz także do nas zadzwonić:
222 210 800